Piracenie e-booków


Pragnę dziś zabrać głos w sprawie, która dotyka każdego, zapewne w różnym stopniu: czytelnika, autora, wydawcę, korektora, redaktora. Mowa bowiem o nielegalnym kopiowaniu, a następnie udostępnianiu e-booków.

Powszechną nazwę – piractwo – z łatwością można zamienić na kradzież. Wiem, mocne słowo, a jednak nie powinniśmy się go bać. Skoro tak wiele osób w ten sposób zyskuje coraz to nowsze książki, dobrze jest nazywać rzeczy po imieniu.

Zajmijmy się  więc tematem kradzieży. Nikt z nas nie chce sam zostać okradziony, dlaczego w takim razie tak wielu czytelników okrada swoich ulubionych autorów? Nie mówię tu nawet o pieniądzach, chociaż i ich nie wolno pomijać. W końcu każdy chyba zdaje sobie sprawę, jak wiele pracy trzeba włożyć w napisanie książki oraz późniejsze przygotowanie jej do druku, a za pracę, za każdą pracę należy się wynagrodzenie. Nawet mogę przymknąć oko na okradanie wydawnictw, redaktorów, korektorów, grafików. Na to, na co nie potrafię przymknąć oko to, to, że czytelnicy często okradają w ten sposób samych siebie.

Jak to możliwe?

Poprzez ściąganie oraz udostępnianie nielegalnych kopii książek zmniejszają się przychody ze sprzedaży poszczególnych tytułów, tym samym zniechęcając wiele wydawnictw do szukania nowych talentów czy też wydawania kontynuacji już wydanych serii. Niestety, ale tak to wygląda. To czytelnicy mają największy wpływ na to, co zostanie wydanie, a poprzez korzystanie z takich stron jak Chomikuj, może się okazać, że wydawca zdecyduje się wycofać, dajmy na to, ostatnią część sagi fantasy. Po co, skoro i tak się nie sprzeda, a on tylko straci, zamiast na niej zarobić? Czytelnicy również stracą i to bardzo – nigdy nie poznają zakończenia historii bohaterów, którzy pragnęli naprawić świat.

Czemu zatem korzystamy z nielegalnych kopii? Czemu okradamy innych z owoców ich pracy? Czemu nie szanujemy odwagi, na którą autorzy musieli się zdobyć, by podzielić się z nami swoimi pomysłami?

Ponieważ uważamy, że książki są zbyt drogie, a w szczególności jeśli bierzemy pod uwagę najnowsze tytuły czy pozycje rozchwytywanych autorów. Naprawdę chciałabym jednak, byśmy pamiętali o tym, że nie musimy kupować każdej książki w dniu premiery – i to w największej księgarni stacjonarnej, którą znajdziemy w centrum naszego miasta. Zawsze możemy, zamiast powieści papierowej, wybrać e-booka, który jest od niej tańszy, czy zwyczajnie złożyć zamówienie w księgarniach internetowych. Nawet po doliczeniu do całości kosztów wysyłki, wychodzimy na plus i możemy się cieszyć z nowych tytułów, które wzbogacą nasze biblioteczki.

Kolejną alternatywą, na którą musimy jednak poczekać sporo czasu, jest zwyczajne wypożyczenie interesujących nas tytułów w bibliotece. Rzeczywiście, trzeba przyznać, że nowe pozycje nie znajdują się w nich dzień, dwa, czy chociażby tydzień po premierze, jednak w końcu się pojawią. Myślice pewnie teraz, że może i mam rację, lecz w biblioteki otrzymują tylko niektóre nowości, ponieważ posiadają ograniczone zasoby. Zgadzam się z tym w całej rozciągłości, jednak nie powinniście sądzić, że nie macie wpływu na to, w co zainwestuje wasza biblioteka. Często wystarczy porozmawiać z bibliotekarkami i zapytać, jakie tytuły są na liście do kupienia, a nawet sami możecie jakieś wskazać. Tym większe prawdopodobieństwo powodzenia waszej akcji, jeżeli więcej czytelników wpadnie na ten sam pomysł, albo sami go im podsuniecie.

Kolejna opcja to kupowanie książek wspólnie – dzielimy się kosztami z przyjacielem czy znajomym i nabywamy egzemplarz danej książki, dzięki czemu oboje możemy go przeczytać, nie ponosząc zbyt wielkich kosztów, nawet w przypadku księgarni stacjonarnej.

Co więcej, pragnę zaznaczyć wagę roli, jaką pełnią w tym miejscu antykwariaty czy też targowiska z książkami. Dawniej można było w nich znaleźć niemal same starsze pozycje, lecz z biegiem czasu ta sytuacja uległa zmianie, dzięki czemu natrafiamy w nich na coraz nowsze pozycje, a czasem możemy kupić istną perełkę za naprawdę niewielkie pieniądze.

Zanim więc ściągniecie nielegalny plik z e-bookiem, zastanówcie się, czy to naprawdę jedyny sposób na przeczytanie kolejnej książki? Czy naprawdę chcecie przyczyniać się do okradania waszych ulubionych autorów? Nie zapomnijcie również postawić się w ich skórze. W końcu, chyba sam nie chciałbyś być okradany przez swoich fanów?

Felieton: Alicja Wlazło

Udostępnij ten wpis!

4 thoughts on “Piracenie e-booków”

  1. RobertRusik says:

    “Nawet mogę przymknąć oko na okradanie wydawnictw, redaktorów, korektorów, grafików.” – Przesadziłaś. Kradzież, to kradzież. Czym różni się okradziony redaktor czy grafik od okradzionego pisarza?

    “Ponieważ uważamy, że książki są zbyt drogie…” – Żadne usprawiedliwienie. Nie trafia do mnie ten argument. Na stronie z pisaniem tekstów (precli) pod SEO spokojnie mam 7 zł za godzinę. Godzinka dziennie przez pięć dni w tygodniu, a w sobotę czy niedzielę do EMPIK-u czy innej księgarni. Naprawdę, da się – zarobić na życie nie, ale na książkę jak najbardziej.

    ” Zawsze możemy, zamiast powieści papierowej, wybrać e-booka” – tu mam mieszane uczucia. Ebooki miały być znacznie tańszą alternatywą dla druku, bo i drukować nie trzeba, i składować – a okazało się, iż mimo to są znacznie droższe, niż miało być według obietnic (choć oczywiście taniej, niż druk). Jestem konserwatystą, więc wolę dopłacić i mieć papier na półce, ale coraz bardziej jednak ebooki mnie kuszą. Zwłaszcza, że nawet na telefonie można poczytać.

    “Kolejna opcja to kupowanie książek wspólnie” – nie, nie i nie. Albo płacę i mam u siebie na półce, albo nie płacę i idę do biblioteki.

    ‘Co więcej, pragnę zaznaczyć wagę roli, jaką pełnią w tym miejscu antykwariaty czy też targowiska z książkami.” – dokładnie tak! Sam pamiętam moment, jak poszukiwaną książkę (starzy rocznik) znalazłem za 2 zł u pokątnego handlarza w Warszawie. A antykwariat w Krakowie odwiedzałem przynajmniej raz w tygodniu.

    1. Alicja Wlazło says:

      Bardzo dziękuję za komentarz.

      Tak naprawdę w powyższym felietonie spisałam w większości własne luźne przemyślenia dotyczące właśnie e-booków oraz ich piracenia. Możliwe, że słowo kradzież jest słowem zbyt silnym i dodatkowo negatywnym, stąd też miałam świadomość, że nieco kopię pod sobą dołek, używając go.

      Jeżeli chodzi o alternatywne sposoby pozyskiwania książek/możliwości ich przeczytania to tutaj sprawy się mają indywidualnie. Ja również wolę kupić wersję papierową niż e-book, a jednak przy niektórych pozycjach, szczególnie tych droższych, wspólne kupowanie nie wydaje się złym pomysłem.

      Pozdrawiam i miłego dnia!

  2. Andrzej Zyszczak says:

    OK, po raz kolejny nie ogarnąłem – co tak naprawdę jest lepszego (patrząc przez pryzmat okradania autora i wydawnictwa) w wypożyczaniu książki z biblioteki lub kupowaniu na spółę z kolegą od piracenia? Przecież w tej sytuacji i tak nie kupujesz, i tak nie kupujesz. Poza samym etycznym aspektem nie ma więc – na logikę – żadnej istotnej różnicy pomiędzy pożyczaniem książki z biblioteki, od kolegi czy z Internetu. Czy się mylę…?
    Patrząc w ten sposób każde działanie, które nie jest kupnem, jest tak naprawdę okradaniem autora i wydawnictwa.

    1. Mateusz Pszczółka says:

      Od 2015 roku autorzy (albo raczej wydawnictwa) dostają kasę za udostępnianie książki w bibliotekach. Poza tym różnica jest taka, że książka papierowa ma pewną ilość użyć po której się nie nadaje do czytania. Szczególnie jeśli kolejni czytelnicy nie dbają o dany egzemplarz. Druga znacząca różnica to fakt, że jeden fizyczny egzemplarz może czytać tylko jedna osoba na raz.

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS