Recenzja – „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” Kuba Wojtaszczyk


„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica” to nie tylko intrygujący tytuł najnowszej książki Kuby Wojtaszczyka, która miała swą premierę 19 kwietnia. To także przyciągająca wzrok okładka. Ale przecież tytuł i oprawa nie powinny być takie ważne przy treści, którą reprezentują. Tutaj również nie ma nieporozumień. Co więcej uważam, że to jedna z najlepszych książek, które czytałam do tej pory. Autor, chociaż młody wiekiem, ma już na swoim koncie kilka publikacji. Omawiana lektura jest jego trzecią autorską książką.

Styl Wojtaszczyka cechuje niezwykła plastyczność i swoboda wypowiedzi. I chociaż pisze o rzeczach trudnych – strachu, wstydzie, życiu w przerażeniu, gwałcie, bezradności oraz całym szeregu innych problemów, z którymi zmagali się ludzie po wojnie, to robi to w dobitny, ale zarazem delikatny sposób. W zalewie bylejakości i „pisania na kolanie” autor reprezentuje literaturę na naprawdę wysokim poziomie.

Grafika z okładki słusznie sugeruje, że centrum wydarzeń jest cyrk. W jego skład wchodzą ludzie, którzy znaleźli się tu z różnych powodów. Ich historie przeplatają się ze zdarzeniami dziejącymi się tu i teraz.

Wojna nie wybiera. Wojna jest jak fatum. Potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. I tak jest z Felką, która całą wojnę mieszkała z rodzicami, w maleńkiej chatce w brzozowym lasku. I mimo tego, że jest 1945 rok i właściwie wojny jako takiej już nie ma, to dopada ona dziewczynę z całą swoją brutalnością i gwałtownością. W jednej chwili, Felka zostaje sierotą, pozbawioną godności i… oczu.

Wojna nie wybiera. Wojna miesza zmysły i rozum, pozbawia tożsamości. Przechrzczony Żyd, Moryc, całą okupację przesiedział w kryjówce, w dworku baronowej. Ta by go ochronić, nauczyła go setek modlitw, przez co mężczyzna zupełnie zatracił własne jestestwo. Nie czuje się już ani żydem, ani chrześcijaninem. Życie w ciągłym napięciu i obawie przed śmiercią sprawiło, że nabawił się nerwowego tiku ujawniającego się przy mówieniu: „Nazywam się Jan No… cóżjestwśród, to znaczy Moryc, obmyjconieświęte, Sorkin. Nazywają mnie, uleczsercaranę, «Ostantnim Żydem w, rozgrzejsercatwarde, Polsce», przynajmniej tak, dajtwoimwierzącym, mnie tu ochrzcili, siermiorakiedarydaj.”.

Wojna nie wybiera. Wojna zmusza do ukrywania i udawania kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości. Damiel i Cassiel pełniący rolę klaunów, są tak naprawdę ukrywającymi swą tożsamość Niemcami. Damiel to polsko-niemiecki nazista, śpiewający piosenki Hanki Oronówny. Cassiel natomiast jest udającym niemowę volksdeutschem. A może odwrotnie? Nie wiem czy to w wyniku mojego – być może – nieuważnego czytania, a może specjalnie autor w niektórych miejscach określa nazistą Cassiela a volksdeuschem Damiela. Jednak to nie jest najważniejsze. Obaj mężczyźni odczuwają nieustanny lęk przed zdemaskowaniem. Ciągle towarzyszy im pragnienie ucieczki, jednak trudno im się na nią zdobyć.

Oprócz wymienionych tu postaci, w książce pojawiają się karzeł Szczepan i gimnastyczka Lena, którzy występowali w cyrku Hitlera, a także dwie panie do towarzystwa: Gabrysia i Bożena. Zarządza nimi tajemniczy Właściciel. W sumie niewiele o nim wiadomo. Nikt nie zna jego imienia ani nazwiska. Jego osobowość można określić jako zmienną. Zwykle do swoich pracowników zwraca się per „kochanieńki/kochanieńka” jednak w jednej chwili z dobrodusznego pana w kimonie, potrafi zamienić się w siejącego zniszczenie furiata.

Między Właścicielem a cyrkowcami jest dziwna zależność. Lekturze często towarzyszy wrażenie, że wszystkie osobliwości cyrkowego przybytku nie są ludźmi, którzy decydują o swoim losie, ale przedmiotami, którymi włada Właściciel. Sam cyrk można określić jako swego rodzaju statek. To sformułowanie doskonale koresponduje z tytułem i rozdziałami książki. Nadmienię, że nazwy rozdziałów odwołują się do danego etapu katastrofy Titanica. I tutaj też jest podobnie. Nie należy jednak spodziewać się wątku miłosnego. Irracjonalność miesza się z najmniej przyjemnymi emocjami, jakimi są strach, niepewność, obawa, przerażenie. Prowadzą one do poczucia beznadziejności. Jednak w tym ekstremum złych odczuć u każdego z bohaterów, istnieje iskierka nadziei – że uda im się uciec, odnaleźć rodzinę, powrócić do domu, by pogrzebać bliskich i rozpocząć nowe życie w nowym miejscu.

Bohaterowie są trochę jak psy na tonącym Titanicu – przede wszystkim znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i o niewłaściwym czasie. Nikt nie interesuje się ich losem, który jest w zasadzie przesądzony. Właściwie są zdani na siebie oraz kaprys Właściciela. Ich położenie doskonale widoczne jest na tle odradzającego się po drugiej wojnie światowej, ciągle walczącego i pełnego podejrzeń kraju. Myślę, że umiejscowienie akcji w innych parametrach czasowych mijałoby się z celem. Powojenne tło wzmacnia ogólny wydźwięk powieści.

Podsumowując, stwierdzam, że Kuba Wojtaszczyk jest jednym z młodych przedstawicieli pokoleniaprawdziwie dobrych pisarzy. Jego opowieść jest oryginalna, głęboka i przede wszystkim prawdziwa i dojrzała w odbiorze. I chociaż opisuje rozterki i bohaterów znajdujących się zupełnie z przypadku w „pierwszym powojennym cyrku”, to problemy tych ludzi można odnaleźć niemal w każdym człowieku, który doznał cierpienia. Tak głęboka treść zdecydowanie stawia zarówno jego, jak i „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” w czołówce polskiej literatury.

Recenzja: Paulina Pietrzak

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS