Recenzja – „Grimm City. Bestie” Jakub Ćwiek


Mroczne ulice, ciemne zaułki, mafijne potyczki i porachunki między zwaśnionymi rodzinami – tak przedstawia się tytułowe miasto. Grimm City, kojarzy się z gangsterką przełomu lat 20. i 30. Karabiny maszynowe, kasyna, duże pieniądze, jazz oraz kapelusze z szerokim rondem, to znaki tamtych czasów. Na każdym kroku trzeba się pilnować, ponieważ nie wiadomo kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Każde spojrzenie wydaje się oceniające, a ukradkowe uśmiechy wzbudzają wahanie oraz niepewność. Nikt nie wie, kiedy nastąpią wystrzały broni i trzeba będzie uciekać by ratować życie. Jakub Ćwiek, w najnowszej powieści, kreśli przed czytelnikiem ciężki i przesiąknięty dymem oraz krwią klimat.

Fabuła

Czas na przyjście Bestii… A konkretnie jednej z nich, Emeth’a Braddock’a. Boksera, który przyjął sobie za punkt honoru ochronę dzielnicy. Musi współpracować z inspektorem Evansem nad schwytaniem pewnego psychopaty o pseudonimie Drwal. Dochodzenie w jego sprawie jest ważne, jednak w obliczu dziejących się obecnie wydarzeń, spada na dalekie miejsce priorytetów policji. Głowa mafijnej rodziny zostaje zamordowana, a mieszkańcy miasta szykuje się na walkę o władzę. Kto zwycięży w tym starciu? Czy Drwal zostanie schwytany?

Moim zdaniem

Witajcie w świecie czarnego kryminału okraszonego lekką nutką fantastyki. W powietrzu czuć lekki powiew magii Grimm City. Czy w tak zdeprawowanym mieście, dwóch stróżów prawa poradzi sobie z wyjaśnieniem zagadki? Wszak, tutaj zbrodnię można spotkać na każdym kroku. W mrocznym mieście ma odbyć się niecodzienny proces. Będzie najszybszy w dziejach Grimm City. Zginął jeden z przywódców mafijnej rodziny, przez co emocje sięgają zenitu. Wszyscy chcą udowodnić swoją niewinność i okazać wparcie rodzinie zmarłego. Tożsamość potencjalnego sprawcy jest trzymana
w tajemnicy.

Świat wykreowany w „Grimm City. Bestie” jest mroczny, brutalny i przerażający. Autor w bardzo interesujący sposób przedstawił klimat mafijnego środowiska. Elementy fantastyczne dodają tajemniczości przedstawionym wątkom. Podczas czytania czułam się jakbym trafiła do świata, w którym pomieszano „Ojca chrzestnego” z „Sin City”. Widać, że autor inspirował się nazwą filmu podczas tworzenia tytułu książki: Grimm City – Sin City. Przedstawiona historia jest ciężka, ale pisana z wielkim wyczuciem. Widać, że autor bardzo dobrze czuje się w przedstawionych przez siebie klimatach, a treść książki poparta jest dokładnym research’em. Jest to drugi tom serii. Muszę przyznać, że w tej odsłonie twórca przedstawił wątki, które są jeszcze lepsze, niż te z pierwszej części. Idealnie wpasowują się w wykreowany świat. Autor piszę bardzo wyraziście. Nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy, ale tworzy wiele aluzji oraz niedopowiedzianych odniesień. Styl twórcy jest bardzo specyficzny i albo się go kocha albo nienawidzi. Stworzył powieść, która nie przypasuje fanom lekkich opowiastek z ciemnością w tle.

Bohaterowie mają silne charaktery oraz są wyraziści. Skupiłam głównie uwagę na śledztwie Braddock’a i Evans’a. Wspólne prowadzenie dochodzenia wcale nie jest proste, szczególnie gdy ma się odmienne charaktery. Do ich drużyny dołącza Becca, piękna córka boksera. Dziewczyna ma prywatne pobudki, aby rozwiązać sprawę. Zespół niejednokrotnie decyduje się na kompromisy, aby dowiedzieć się prawdy.

Oprócz oczywistych zalet, książka ma także wady. Mnogość wykreowanych postaci przyprawia o niemały zawrót głowy. Czasem musiałam przewracać kartki wstecz, aby upewnić się o kim tak naprawdę czytam. Czy ta postać była już wcześniej? Jest to jeden z elementów, które zdecydowanie przeszkadzają podczas czytania. Lektura powinna płynnie posuwać się dalej, a nie wprowadzać zastój czy zamęt. Nie tylko postaci jest wiele. Autor wprowadził liczne wątki i co chwile między nimi przeskakuje. Przez taki zabieg ciężko jest zapamiętać wszystkie szczegóły. Jak okazuje się na końcu powieści, są ważne, ale po prostu nie sposób ich zapamiętać. Naprawdę próbowałam nad wszystkimi nadążyć. Wykreowane historię są ciekawe, ale bardzo przeładowana fabuła częściowo zabija radość z czytania.

Na uwagę zasługuje wnętrze książki oraz jej oprawa graficzna. Ciemne ilustracje czy wstęp do każdej części, wprowadzają czytelnika w mroczną atmosferę książki. Są ciekawym urozmaiceniem czytania. Okładka zdradza mały element świata, który znajduje się w środku. Żółty latawiec z czerwonymi wstążkami jest jedynym elementem kolorowym frontu. Wszystko składa się na spójną całość i prezentuje klimat miasta, które powstało na ciele olbrzyma.

Podsumowując, książka nie jest bez wad. Przed tym jak czytelnik sięgnie po tekst, musi się z nimi liczyć. Powieść wpasuje się w gusta fanów twórczości Jakuba Ćwieka. Nie pogardzą nią również, entuzjaści machlojek oraz klimaty noir. Specyficzna atmosfera, ciągnie się od pierwszej strony, aż do zaskakującego końca. Książka nie plasuje się na liście moich ulubionych, jednak jest dobrym, polskim przedstawicielem gatunku. Nie tak wspaniałym jak dzieła Borisa Viana czy Patricii Highsmith, ale seria dobrze się zapowiada. Szczególnie, jeśli w dalszych częściach będzie jeszcze więcej makabrycznych wątków

Recenzja: Katarzyna Gnacikowska

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS