Recenzja – „Królestwo kanciarzy” Leigh Bardugo


Leigh Bardugo to pisarka, która w fantastycznym świecie porusza się z wielką finezją. Każda jej nowa książka wywołuje niemały zamęt. Dlaczego? Ponieważ kreślone przez nią historie są unikatowe i wyróżniają się na tle już tych wydanych. Powieści z serii „Szóstka wron”, należą do cyklu – dylogia. Każdy tom to zamknięta historia i nie trzeba znać wcześniejszych pozycji, aby móc zagłębić się w treść. „Królestwo kanciarzy” zabiera czytelnika do świata Kaza Brekkera i jego towarzyszy. Jakie przygody czekają na bohaterów serii? O tym przeczytacie w opinii.

Fabuła

Kaz Brekker i jego współpracownicy przeprowadzili akcję, która była, dosłownie, nie do wykonania. Nikt inny nie miałby odwagi się jej podjąć. Niestety zapłata, obiecane trzydzieści milionów kruge, po wykonaniu misji nadal znajduje się u kupca. Na domiar złego przetrzymuje on również jednego z członków grupy. Wrony są osłabione oraz czują się zdradzone. Muszą walczyć o przetrwanie oraz fundusze, które pomogą im na powrót do branży.

Zamieszki na ulicach wprowadzają zamęt. Nikt nie czuje się bezpieczny. Czy ekipa Kaz’a stanie po stronie zwycięzców? Czy uda im się kolejny raz dokonać niemożliwego? Jak w chaosie odbudować stracone zaufanie oraz wyjść obronną ręką?

Moim zdaniem

Z niecierpliwością czekałam na drugi tom: „Szóstki wron”. Pierwsza książka sprawiła, że chciałam więcej. Zasługą tego jest styl pisania autorki. Leigh Bardugo tworzy na kartach swych powieści miniaturowe dzieła sztuki. Każdy wątek jest dopracowany do perfekcji, myśli ubrane w słowa tak, że czuje się kunszt władania piórem. Plusem stylu jest podejście do zagadnień. Autorka potrafi przemycić do książki wiele tematów, które nie są ze sobą powiązane, a na końcu magicznie się scalają. Przeplata dynamiczne i te nacechowane stoicyzmem. Treścią dzieła zwodzi na każdym kroku. Kiedy czytelnik myśli, że zna dalsze losy bohaterów, następuje zmiana o 180 stopni. W takich momentach siedziałam z wielkimi oczami i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Twórczyni podsyca zainteresowanie odbiorcy. Jedni twierdzą, że to dobrze, a inni wręcz odwrotnie. Dla mnie ta unikatowość jest warta zauważenia, nawet jeśli trzeba się przy tym mocno wysilić.

W „Królestwie kanciarzy”, wroni gang liczył na chwilę spokoju. Po wydostaniu się z Lodowego Dworu, obiecano im sowitą wypłatę oraz odpoczynek. Mimo wykonania zadania, zostali wystawieni do wiatru i teraz muszą walczyć o swoje. Kaz, Nina, Jesper, Wylan i Matthias starają się odbudować ekipę, tylko po to, by znowu być na szczycie. Jednakże aby tak się stało, muszą odbić Iney. Niestety to nie będzie takie proste. Zjawa jest dobrze strzeżona, ale gang nie musi się martwić. Kaz Brekker dopracował plan ratunkowy do perfekcji, włącznie z wyjściem awaryjnym. Żeby nikomu nie było za łatwo, miasto Ketterdam, w którym rozgrywa się akcja książki, powoli staje się terenem bitwy. Z całego świata zjeżdżają najgroźniejsze zbiry, aby pozyskać pewien narkotyk. Problemy mnożą się, a jednym z nich okazuje się znikający z ulic griszowie. Jedynym wyjściem z sytuacji staje się ukrywanie własnego „ja”.

Plusem lektury są dobrze wykreowane postaci. Każdy z nich dysponuje indywidualnymi cechami, które łatwo wyłapać podczas zagłębiania się w treść. Widać, że protagoniści ewoluowali w odniesieniu od czasu „Szóstki wron”. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia różnych osób. Dzięki temu można rozszyfrować motywy działań gangu oraz to, jak czasem jest ciężko osiągnąć względny spokój. Przebyte doświadczenia rozwinęły ich charaktery. Kaz, jako przywódca, zmaga się w wieloma rozterkami. Wątpliwości dopadają go w najmniej odpowiednich chwilach, a musi przecież poprowadzić bandę. Po przezwyciężeniu słabości, odkrywa w sobie nowe siły i pokazuje na co go, tak naprawdę, stać. Dzięki twardemu charakterowi, hardości oraz mrocznej osobowości jest w stanie dokonać wszystkiego. Podejmuje decyzje, które są często nieakceptowalne i ponosi wynikające z nich konsekwencje. Można powiedzieć, że jest to postać negatywna wprowadzająca wiele wątpliwości, a jego czyny nigdy nie są usprawiedliwiane. Wylan, rozwija skrzydła. Staje się prawdziwym członkiem ekipy, a autorka wreszcie poświęca mu więcej uwagi aniżeli w pierwszej części. Inej, to znowuż twarda kobieta, która wie czego chce. W „Szóstce wron” jej losy nakreślono dość zawile, ale w „Królestwie kanciarzy” czytelnik odkrywa, że wszystko może poskładać się w klarowną całość. Postacie Mathhiasa oraz Niny – rozczarowują. Rosnące między nimi uczucie jest mdłe i budzi wątpliwości. Mężczyzna stał się dość bezbarwny i nudny. Jesper nadal jest sobą – zwariowanym rewolwerowcem, dla którego kasa to ważna sprawa. Podczas czytania zapomina się, że kreacje tak naprawdę mają ok. siedemnaście lat. Zachowują się jakby mieli więcej, najmniej dziesięć lat. To, co przeszli w swoim krótkim życiu, wywołuje współczucie, a nawet i zdziwienie.

Nic jednak nie może przedstawiać się w wiecznie różowych barwach. Pisałam o plusach, teraz czas na minusy. Mimo że styl autorki jest bardzo dobry, to zbyt duża ilość obco brzmiących nazw – przytłacza. Sytuacja pogarsza się, kiedy czytelnik nie ma zbyt dobrej pamięci do imion. W „Królestwie kanciarzy”, tak samo jak w poprzednim tomie, są one skomplikowane. Kolejnym minusem, który rzuca się w oczy, jest zbyt niski wiek bohaterów ustosunkowany do „bagażu życiowego”. Wiem, że ich życie nie jest usłane różami, jednakże sporo sytuacji przerysowano. Myślę, że Leigh Bardugo chciała pokazać wpływ negatywnych zdarzeń na zachowanie. Odczuwam, iż przesadziła ze zbyt sporym dramatyzmem. Przez to dzieło traci na realizmie. Następnym minusem są przytępione opisy przemocy, które w takiej historii mogłyby zostać bardziej rozwinięte. Jakby twórczyni, w którymś momencie przypominała sobie, że lekturę tą przeczytają też nastolatki. Namiętne uniesienia i agresywność jest mało znacząca. To do końca nie jest złe, ale w wielu scenach aż się prosi o rozwinięcie. Poczułam się lekko oszukana i miałam spory niedosyt. Kolejnym minusem to spłycanie wątków. Autorka niepotrzebnie podjęła się rozwijania wielu, różnych tematów. Oczywiście wszystko ma sens, ale część motywów potraktowana jest po macoszemu. Uważam, że jest to krzywdzące dla czytelnika, który oczekiwał czegoś więcej, aniżeli strzępek informacji. Dodatkowo – zakończenie, które zaskakuje – w negatywnym znaczeniu, oczywiście. Treść zapowiadała, że poczuję smutek i zacznę tupać nogami z rozpaczy. Ostatecznie czułam, że jest mi przykro, ale nic więcej. Nie wiem dokładnie, co miało na to wpływ. Podejrzewam, że Leigh Bardugo na samym końcu zbyt słabo stopniowała napięcie. Kolejny raz jestem zdania, że pospieszyła się i nie dała sobie czasu na dopracowanie fabuły.

Nagłe zwroty akcji podsycają napięcie lektury. Poczucie humoru przedstawione w książce, sprawiło, że się odprężyłam. Na uwagę zasługuje szata graficzna dzieła. Wydawnictwo MAG wykonało kawał dobrej roboty. Twarda oprawa, czerwone zakończenie kartek oraz ciekawa okładka, przyciągają uwagę i są spełnieniem marzeń każdego literackiego maniaka.

Tytuł jest ciekawą propozycją, która na pewno wyróżnia się na rynku wydawniczym. Nie doszukiwałabym się w książce predyspozycji do miana arcydzieła. Jest to miła propozycja, która urozmaici wieczory. Mimo minusów, historia jest intrygująca. Warto zapoznać się z wykreowanymi bohaterami. Wkradają się do umysłu i nie chcą z niego wyjść. Można powiedzieć, że będę za nimi tęsknić. Książka jest bardzo dobra, jednak oczekiwałam czegoś więcej po świetnej „Szóstce wron”. Trochę zabrakło magii pierwszej części. Niedopracowanie niektórych szczegółów rzuca się w oczy. Cała historia zasługuje na odpowiednie przemyślenie. Polecam przeczytać. Jednak jako jedna z czytelniczek czuję niedosyt czaru Leigh Bardugo.

Recenzja: Katarzyna Gnacikowska

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS