Recenzja – „Na skraju strefy. Tom 1” Krzysztof Haladyn


Tom pierwszy powieści „Na skraju strefy” autorstwa Krzysztofa Haladyna to, obok dzieł Wiktora Noczkina, Michała Gołkowskiego i Sławomira Nieściura, jedna z dziesięciu wydanych w Polsce książek z uniwersum S.T.A.L.K.E.R. Świat ten opisałem pobieżnie w swojej poprzedniej recenzji (kilknij tutaj), dotyczącej „Łańcucha Pokarmowego” Wiktora Noczkina. W powieści Haladyna poznajemy Zonę jako bardziej surową, zabójczo niebezpieczną, a także znacznie bardziej wymagającą niż tą, którą znamy z innych dzieł poświęconych temu samemu uniwersum. Bohaterowie nie mają zaawansowanej technologii jak w książkach Noczkina, gdzie stalkerzy posiadają PDA, alarmujące przed anomaliami, ułatwiające komunikację na odległość, pozwalające określić obecność innych osób z włączonym komputerem w okolicy, zastępujące wszelkie środki ostrożności za wyjątkiem własnego rozsądku, doświadczenia i umiejętności unikania mutantów. Nie mają też oni aż takiej wiedzy o Zonie, co postacie z dzieł Gołkowskiego, a im więcej nieznanych anomalii, czy nawet artefaktów, tym łatwiej znaleźć im w strefie własną śmierć. Również zmutowane zwierzęta i rośliny z ocenianego tu dzieła wydają się być znacznie większym zagrożeniem dla ludzi zamieszkujących Zonę, a kordon ją otaczający zdaje się być znacznie bardziej szczelny, niż w pozostałych książkach. Nie napotykamy tu więc zjawiska regularnego przekraczania blokady przez stalkerów i handlarzy. Mieszkańcy Zony są skazani na znacznie bardziej ograniczony asortyment towarów z zewnątrz i odczuwalnie uzależnieni od wewnętrznego handlu i wymian w obozie wewnątrz Zony.

„Na skraju strefy” opisuje historię Dmitrija Petrenki, sierżanta białoruskiej kompanii karnej stacjonującej w obozie na skraju Strefy. Życie podoficera w takim miejscu, z pominięciem patroli w stronę Zony, może być całkiem znośne. Jasno określone obowiązki, nierestrykcyjne zasady, wieczory spędzone w kantynie przy wódce z przyjacielem i znajomymi, towarzystwo kobiet z kompanii. Jak to bywa w takich historiach, wszystko łatwo może się skomplikować, czego doświadczyć ma nasz bohater. Sierżanta Petrenkę poznajemy w chwili, w której znalazł dowódcę kompanii na biurku… przy butelce wódki… z pistoletem w ręce… z dziurą w głowie. Samobójstwo przełożonego nie może wróżyć nic dobrego. Znośne życie naszego podoficera właśnie się skończyło, a tryby historii poszły w ruch. Po wstępnym etapie opowieści, w którym poznaliśmy naszego bohatera, dostrzegliśmy sytuację w której się znalazł i dowiedzieliśmy się do czego ona prowadzi, fabuła nabiera rozpędu.

Krzysztof Haladyn poczęstował nas całkiem przyzwoicie czytającą się opowieścią. Historia jest ciekawa, a jej autor wykazał się kreatywnością, dodając kluczowym scenom dynamiki. Odczuwalna w „Na skraju Strefy” jest ograniczona ilość wątków pobocznych. Ma się wrażenie, że cała książka to jedynie wątek główny, a historia bohatera tylko nieznacznie zbacza momentami z kursu tylko po to, żeby prawie natychmiast wskoczyć z powrotem na główny tor. Brakuje tu urozmaicenia w postaci niezależnych od głównej historii, rozwiniętych wątków pobocznych. Autor trzyma się ściśle określonego kierunku i unika zmian, a szkoda. W dziele Haladyna dostrzegalna jest staranność, z jaką opisywał otoczenie, sytuację i wydarzenia. Nie czytamy o JAKIMŚ wojsku, JAKICHŚ stalkerach, JAKICHŚ mutantach, czy JAKIEJŚ walce. Czytając tę książkę, przeważnie można wczuć się w opisywaną sytuację. Mimo to opowieść nie zaskakuje. Zwroty akcji rzecz jasna występują, ale nie są szokujące i nie budzą większego napięcia.

Ogólnie rzecz biorąc, „Na skraju strefy” nie jest książką rewelacyjną, ale jest przyzwoicie nakreśloną historią, wartą uwagi wielbicieli stalkerskich klimatów. Nie należy szukać w niej wzorowej powieści. Można za to potraktować ją jako dawkę lekkiej rozrywki i sposobu na miłe spędzenie czasu. Moim zdaniem, to, co zaoferował nam autor jest wystarczającym powodem, by sięgnąć po tę pozycję.

Recenzja: Piotr Pietrzak

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS