Recenzja – „Ostatni” Andrzej Wronka


Co czeka za rogiem? O tym, jak trudno przewidzieć, jak potoczą się dalsze dzieje naszej nacji, świadczą choćby bajania fantastów już z początków dziewiętnastego, a nawet dwudziestego wieku. Fakt, że ich dotychczasowe fantazje ledwo pokryły się ze stanem faktycznym, wcale jednak nie zraża kolejnych pokoleń wizjonerów, a chociaż pewnie i tak wszyscy się mylą, lektura tych prób wyobrażenia sobie świata za dziesięć, dwadzieścia, a nawet dwieście lat stanowi ulubioną rozrywkę wielu z nas. Jednym z autorów podejmujących to odwieczne wyzwanie jest Andrzej Wronka ze swoim debiutanckim zbiorem opowiadań.

Ostatni” stanowią zbiór ośmiu tekstów z gatunku science fiction, osadzonych w czterech luźno ze sobą związanych wizjach przyszłości. Zobaczymy między innymi świat bardzo podobny do naszego za kilka lat, w którym zdobycze cybernetyki pozwalają niewidomym odzyskiwać wzrok, poznamy dzieje pierwszej kosmicznej misji kolonizacyjnej, a także zobaczymy, co może czekać u samego szczytu naszych możliwości rozwoju. Tematyka opowiadań jest więc różnorodna, ale w pewien sposób pokrewna ze sobą.

Zaprezentowana w zbiorze historia (jedna z czterech – ale chociaż z pozoru różne, wszystkie cztery w pewien sposób się zazębiają) nie jest może szczytem oryginalności. Opowiadania z cyklu „Szczury” składają się na jedną z wizję podboju kosmosu, jakich pełno w fantastyce naukowej: począwszy od przyczyn desperackiego kosmicznego zrywu, poprzez pierwsze podziały wśród ocalałych, krótki okres życia w zgodzie, wreszcie kończąc na ponurym finale, w którym okazujemy się tylko łatwymi do odparcia intruzami. Zaprezentowana tutaj obca nacja wykazuje pewne podobieństwo choćby do tego, co widzieliśmy w filmowym „Avatarze” – pokojowo usposobieni, żyjący w jedności z naturą, różni od ludzi, ale jednocześnie dziwnie ludzcy… Jednak to, czego brak samej opowiadanej historii kompensowane jest przez to, jak jest ona opowiedziana. Wronka pisze językiem lekkim i łatwym w odbiorze, czasami zmuszając do zadumy, rzadziej do uśmiechu, jednak przede wszystkim z zaskakującą łatwością wywołuje pożądany nastrój – za pomocą z pozoru nieważnych elementów, ledwie dekoracji, drobnostek wprowadzanych mimochodem. I te właśnie drobnostki sprawiają, że czujesz, jakbyś tam był – na pokładzie, pośród uciekających z martwej Ziemi kolonistów, ledwie garstki wybranej, aby nieść życie dalej, podczas gdy reszta umiera na skażonym błękitnym globie. Siłą rzeczy martwisz się o swoich współkolonistów, o to, jak ułożą się ich relacje z gospodarzami nowego domu, zgrzytasz zębami na nieporozumienia i masz ochotę wrzeszczeć, gdy głupota kilku prowadzi ostatecznie do zagłady wszystkich.

Jednak kolonizacja kosmosu to nie jedyny wątek w „Ostatnich” – „Oczy”, pierwsze opowiadanie w zbiorze, rysuje motyw buntu sztucznych inteligencji, coraz większej zależności człowieka od techniki, a także rozwoju wirtualnej rzeczywistości – stanowiącej coś w rodzaju „nakładki” na świat realny. Z pozoru niepasujące do pozostałych opowiadań cyklu, zostaje niemal zapomniane, kiedy poznajemy dzieje uciekinierów podróżujących do Układu Węża. Powraca jednak w „Epitafium”, a potem w „Interfejsie”, pokazując jak gdyby dwie drogi, którymi moglibyśmy podążyć od tego momentu – ludzi zamkniętych w klatce cybernetycznych widziadeł, przeżywających swoje życia w wirtualu, podczas gdy ich prawdziwe ciała umierają lub dawno nie istnieją – lub używających tej samej technologicznej potęgi, by nieskończenie przedłużyć swoje życie, stać się czymś więcej, czymś zupełnie niepodobnym do człowieka. Jednak obojętnie którą drogę wybierzemy, nasze życie w ten czy inny sposób okaże się puste – albo zmęczy nas tania imitacja prawdziwego istnienia, albo okaże się, że tak naprawdę nie ma po co żyć we wszechświecie, w którym wszystko zostało już odkryte.

Żadna z zaprezentowanych w „Ostatnich” przyszłości nie napawa optymizmem – każdą śledzi się jednak z zainteresowaniem, które wywołać jest w stanie tylko zdolny gawędziarz. A takim, mimo krótkiego stażu, bez wątpienia jest Andrzej Wronka. Już teraz wiem, że z uwagą będę śledził jego kolejne posunięcia na scenie literackiej. Was zaś, drodzy czytelnicy, zachęcam do tego samego, bo chociaż jego opowiadania noszą jeszcze pewne niedoskonałości właściwe świeżym pisarzom, a źródła inspiracji wydają się niekiedy dość oczywiste, myślę, że to wszystko tylko kwestia praktyki – a kunszt nie tylko pozostanie, ale jeszcze się rozwinie.

Recenzja: Mateusz „Dobry Łotr” Hupert

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS