Recenzja – „Ostatni bierze wszystko” Miroslav Žamboch


Świat wykreowany przez Miroslava Żambocha w swoim cyklu o Koniaszu, wrażliwym zabijace, składa się z wielu interesujących pomysłów – przysłoniętych przez jedną istotną wadę, jaką jest sposób ich prezentacji. W pierwszych książkach z serii mamy do czynienia z niezbyt udziwnionym fantasy, w którym magia może i istnieje, ale jest jej mało i wcale nie stanowi sedna fabuły, a tylko gdzieniegdzie pojawiają się przesłanki o tym, że historia świata jest ciut bardziej burzliwa, niż się to z początku wydaje. Później, z powieści na powieść, robi się coraz dziwniej – nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi ma ukryty talent magiczny, sama magia wcale nie jest taka rzadka, że ten sam kontynent zamieszkują Indianie, średniowieczne rycerstwo i wojownicy ninja, a na dodatek nawet szczątkowo wykształceni ludzie orientują się w wielu sprawach zgoła nieprzystających do wystroju – na przykład… inżynierii genetycznej. Nie byłoby w tym absolutnie niczego złego, gdyby nie kolejność podawania tych wszystkich elementów. Prezentując swoje dzieło jako jeden gatunek, a potem nagle łamiąc konwencję – na dodatek pozornie, bo przecież założenia świata były takie od samego początku! – podejmuje się pewne ryzyko, przez które łatwo stracić, a trudno zyskać sympatię czytelnika. Myślę, że to jeden z ważniejszych powodów, dla których do lektury najnowszego zbioru opowiadań Żambocha, „Ostatni bierze wszystko”, podchodziłem z mieszaniną obawy i ostrożności.

W niezbyt grubej książce znajdziemy trzy teksty, z których żaden nie ma niczego wspólnego z głównym protagonistą serii. Opisują one wydarzenia, które nastały na długo przed wyprawą Koniasza i skupione są wokół postaci Tekuarda, drugiego syna najpotężniejszego czarodzieja na kontynencie, pana i władcy wielkich ziem. Lokalne i cokolwiek kuriozalne prawo mówi o tym, że na trzydzieści dni przed koronacją następcy tronu ogłoszone zostają wolne łowy – i jeśli w tym czasie komukolwiek spośród jedenastki najbardziej wpływowych rodów w krainie uda się zabić dziedzica, może zająć jego miejsce i założyć swoją własną dynastię. Oczywiście, Tekuard, jako drugi syn, w dodatku kompletnie pozbawiony talentu magicznego, nie ma się czego obawiać – nie dość, że sam nie przejawia ani krztyny zainteresowania magią, to przecież to jego starszy brat będzie zwierzyną. Jest o tym przekonany – do dnia, w którym ten pechowo spada z konia w czasie polowania i łamie sobie kark. Tekuard ma ledwie kilka tygodni, by przygotować się na nadchodzące łowy…

Tak, w telegraficznym skrócie, przedstawiają się założenia pierwszego opowiadania, „Długiego sprintu”. Obiecują one kawałek niezłej, wartkiej akcji – i tego zdecydowanie tu nie brakuje. Zaczyna się nieźle: szybko okazuje się, że taki obrót spraw to nie przypadek, a stoi za nim ktoś, kto bez wątpienia usiłuje potajemnie osiągnąć własne, niejasne cele. I chociaż pomysł na fabułę jest niezły, a jej kluczowy zwrot zadowalająco niespodziewany, nie mogłem się pozbyć myśli, że goniący za kolejnymi wskazówkami bohater szybko zostawia czytelnika błądzącego gdzieś w tyle, zdezorientowanego. Dzieje się dużo, jasne, ale odbiorca ciągle wie za mało – o świecie, o bohaterach – żeby zrozumieć takie a nie inne zachowania protagonisty. Te wydają się uzasadnione jedynie osobami, przedmiotami i wydarzeniami, które, po tym, jak pchną fabułę na właściwy tor, kompletnie przestają mieć dla niej znaczenie. Czasami sytuacja wymaga, by wprowadzić do historii taki element – ale tu jest ich zbyt wiele. Po co więc opowiadać historię, w której nic z niczego nie wynika?

„Pokłosie”, opowiadanie numer dwa, ma w założeniu bazować na motywach z „Długiego sprintu”, opisując świat kilka lat po wydarzeniach, jakie się w nim rozegrały. Rozkład sił na kontynencie zmienił się nie do poznania – nowy Czarodziej rozbił w puch wszystkie większe klany magów, zaś echo straszliwych zaklęć, jakich użyli w wypowiedzianej mu wojnie, do dziś pustoszy świat. Bohaterami „Pokłosia” jest trójka ocalałych czarodziejów, którzy dokładają wszelkich starań, aby ocalić grupkę wieśniaków przed morderczym czarem masowej zagłady, mającym niedługo obrócić całą okolicę w popiół. I tutaj ciekawe założenia rozbijają się o wykonanie – mamy parę charakternych postaci, desperacki wyścig z czasem oraz nieźle zapowiadający się wątek związany z odpowiedzialnością za własne czyny i poszukiwaniem odkupienia. Akcja jednak zostaje niemal natychmiast przerwana, kiedy wszechpotężny Czarodziej we własnej osobie pojawia się, aby rozwiązać problem bohaterów za nich, chwilę ponarzekać, a potem… pójść sobie. To najbardziej bezsensowne zakończenie, jakie czytałem od bardzo dawna, a widziałem w życiu mnóstwo bezsensownych zakończeń.

Trzecie i ostatnie opowiadanie w zbiorze jest jednocześnie tytułowym. W „Ostatni bierze wszystko” poznamy dzieje upadku jednego z ostatnich magów-władców, który, mając zamiar niebawem rozstać się z życiem, organizuje swoim dworzanom (dodajmy, istnej menażerii wykolejeńców, sadystów, morderców i czarowników) rozrywkę: każdemu z nich daje fragment mapy prowadzącej do swojego najcenniejszego skarbu i ogłasza krwawą grę, z której wyjść może tylko jeden żywy – i to właśnie on, wyrywając strzępki mapy z martwych dłoni pozostałych, ma położyć dłonie na magicznym artefakcie. Jak dwa poprzednie, także ten tekst przepełniony jest akcją i kompletnie pozbawiony sensu – niedokładna, przeprowadzona jakby od niechcenia kreacja bohaterów nie pozwala się nawet nimi zainteresować, a co dopiero śledzić ich losy albo przejmować się tym, co ich spotka. Reszta to rozmaite sceny sieczki i omijania pułapek, prowadzące do gorzkiego, ponurego finału. Czyta się to może przyjemnie, bo ta sieczka jest poprawna warsztatowo i napisana z pewną dozą literackiej biegłości – jest to prawdopodobnie najlepsze z trzech opowiadań w tym zbiorze – „Ostatni bierze wszystko” pozostaje jednak, jak cały zbiór skrywający się pod tym tytułem, tekstem miernym, mało angażującym i niezbyt ambitnym.

Po lekturze „Ostatni bierze wszystko” utwierdzam się w przekonaniu, że twórczość Żambocha jest szczególna – jego najlepsze teksty stawiają go niemal w jednym szeregu z mistrzami gatunku. Nowy zbiór opowiadań ze świata Koniasza jednak do nich nie należy. Wydaje się wyborem luźnych – dodajmy, całkiem dobrych – pomysłów okraszonych naprędce obmyśloną fabułą, żeby tylko dało się je jakoś wydać. I to jest najgorsze – naprawdę można by z nich zrobić dobre opowiadania, a nawet całe powieści. Dlaczego tak się nie stało? Być może nigdy się nie dowiem. Wiem jednak, że w tej postaci czytać ich po prostu nie warto.

Recenzja: Mateusz „Dobry Łotr” Hupert

Udostępnij ten wpis!

Dodaj komentarz

Facebook
Instagram
Twitter
Google+
YouTube
RSS